Netflix jakiś czas temu pokazał serial „Last dance” o kulisach kariery Michaela Jordana i jego wkładzie w zdobycie sześciu mistrzowskich tytułów przez Chicago Bulls. Ponieważ tytuł skupia się głównie na gloryfikacji postaci Jordana, a koszykówka jest sportem na wskroś zespołowym, kwestią czasu było opowiedzenie własnej wersji wydarzeń przez pozostałych graczy kultowej drużyny. Na taki ruch zdecydował się Scottie Pippen w autobiografii „Bez krycia”, która była reklamowana jako odpowiedź właśnie na „Last dance”. Czy jednak tak sprzedawane „Bez krycia” nie okazało się… bez pokrycia? Sprawdźmy.
Z książki od początku wyłania się obraz Pippena jako tego pokrzywdzonego gracza, którego rola w sukcesach drużyny została umniejszona w serialu. Wspomina też innych zawodników – przede wszystkim Horace’a Granta. Jordan i jego ego to temat-rzeka i faktem jest, że absolutnie każdy gracz NBA w czasach panowania jego powietrzności był w jego cieniu. Wydaje mi się, że większość graczy w lidze akceptowała ten gwiazdorski status Jordana, bo szły z nim w parze umiejętności czysto koszykarskie i nie inaczej było u Byków. A ci, którym to nie pasowało, dawali upust swoim emocjom na parkiecie, walcząc z MJ-em w czasie meczów i trash talków. Pippen jednak postanowił pójść o krok dalej, po latach wydając książkę, w której opowiada własną wersję historii znanej wszystkim fanom NBA.
Nie sugeruję, że Michael nie byłby supergwiazdą, gdyby wylądował gdzie indziej. Wszyscy wiemy, jaki był niesamowity. Ale chce powiedzieć, że zależał od sukcesu, który odnieśliśmy jako drużyna – zdobyliśmy sześć tytułów mistrzowskich w ciągu ośmiu lat – i że właśnie to dało mu na całym świecie sławę nieporównywalną z żadnym innym sportowcem, może z wyjątkiem Muhammada Alego.
Z „Bez krycia” niewiele dowiadujemy się o jego życiu prywatnym – krótko porusza temat rodziny, początków kariery, występów na uczelni w Arkansas zakończonych draftem z numerem piątym do Seattle SuperSonics i finalnym przejściu po wymianie do Chicago Bulls za Oldena Polynice. Mocnym atutem książki są opisy meczów i sytuacji z parkietu, jak choćby stawianie zasłon dla MJ-a, czy kluczowych rzutów.
Szczerość narracji i brak przebierania w słowach jest niewątpliwym atutem lektury. Niestety prawie wszędzie przebija się też nieskrywany żal (w zasadzie do wszystkich: MJa – że jest najlepszy, władz Bullsów – za mało mu płacili, trenera Phila Jacksona – wszystko robił pod MJ-a), który na dłuższą metę odbiera przyjemność z czytania.
I taki jest właśnie główny wniosek z tej lektury – mam wrażenie, że Pippen czuł i czuje się niedoceniany. A mowa tu o zawodniku, który siedem razy wystąpił w meczu gwiazd (MVP 1994), trzykrotnie znalazł się All-NBA 1st Team i ośmiokrotnie w NBA All-Defensive 1st Team. Podczas igrzysk olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku był zawodnikiem legendarnego Dream Teamu, a cztery lata później w Atlancie z reprezentacją USA wywalczył kolejny złoty medal. W 2010 roku został włączony do Koszykarskiej Galerii Sław im. Jamesa Naismitha, żeby na końcu wspomnieć o 6 mistrzowskich tytułach tylko z Bykami. Książka więc głównie dla fanów Byków i NBA, ale czy jest w niej aż tyle smaczków, by była lekturą obowiązkową? Nie sądzę.
Scottie Pippen. Bez krycia (org. Scottie Pippen. Unguarded)
Michael Arkush, Scottie Pippen
Tłumaczenie: Michał Rutkowski, Tymon Rutkowski
Wydawnictwo Sine Qua Non, 2022


0 komentarzy